5 marca Radosław Leniarski, komentator Sport.pl i Gazety Wyborczej, opublikował artykuł o udziale polskich sportowców w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich 2010 w Vancouver. W mojej polemice odnoszę się tylko do tej jego części, która dotyczy łyżwiarstwa figurowego, bo jest to dyscyplina, na której się znam. Jeśli chodzi o łyżwiarstwo figurowe, wspomniany artykuł jest efektowny, ale w mojej opinii niestety nie jest rzetelny. Według mnie, publikując ten materiał, Pan Radosław Leniarski nie dołożył wystarczającej staranności, by zapoznać się z faktami oraz wysłuchać więcej niż jednego zdania. Nie jest to profesjonalizm, jakiego spodziewałbym się po współpracowniku Gazety Wyborczej, który przed publikacją materiału powinien zgłębić temat, a nie ogłaszać mocne, czarno-białe opinie – w części powierzchowne i nie oddające rzeczywistości. W kolejności tematów – zacznę od siebie. Radosław Leniarski pisze: „Komentator Eurosportu Jacek Tascher szydził z występu Jurkiewicz, choć jako członek zarządu PZŁF również on wysyłał solistkę na igrzyska.” Jest to dość specyficzny opis tego, co mówiłem na antenie Eurosportu na temat Anny Jurkiewicz. To prawda, że jestem niezadowolony z rezultatów startu naszych zawodników w Vancouver, a z występu Anny Jurkiewicz – nawet bardzo niezadowolony, czemu też dałem wyraz w swoim komentarzu. Ani przez moment jednak z niej nie szydziłem, chyba że zupełnie inaczej pojmujemy język polski. I zgadza się – jestem członkiem zarządu PZŁF, co nie jest jednoznaczne z tym, że „również ja wysyłałem solistkę na igrzyska”. Bo będąc komentatorem sportowym Radosław Leniarski wie zapewne, że związki sportowe są stowarzyszeniami, a więc decyzje są w nich podejmowane kolegialnie przez zarządy (co wcześniej jednak zauważa), czyli decyzje zapadają większością głosów. I w głosowaniu nie ma podziału na ważniejszych i mniej ważnych - każdy członek zarządu ma jeden głos. Ja również. Tak więc decyzja całego gremium nie oznacza bynajmniej, że ja również chciałem wysłać solistkę na igrzyska. W tym wypadku było wręcz przeciwnie. Niestety Pan Redaktor nie zechciał zapytać mnie o to, tylko sformułował swój osąd. Osobiście parę razy – począwszy od lata 2009, poprzez Mistrzostwa Polski w grudniu 2009 – byłem przeciwny nie tylko wysłaniu Anny Jurkiewicz do Vancouver, ale wcześniej również na Mistrzostwa Europy 2010 do Tallinna. Para sportowa, o której Radosław Leniarski pisze, że startowała bez olimpijskiej kwalifikacji, zdobyła takąż na zawodach kwalifikacyjnych w Oberstdorfie. W Vancouver, w łyżwiarstwie figurowym nie mógł wystąpić nikt, kto nie miał olimpijskiej kwalifikacji Międzynarodowej Unii łyżwiarskiej. Przy tej okazji pragnę podkreślić, że należy rozróżnić postawę i wyniki poszczególnych członków ekipy w łyżwiarstwie figurowym. Anna Jurkiewicz zaprezentowała się w sposób katastrofalny (nie podejmując w ogóle walki), Przemysław Domański poniżej swoich możliwości, a para sportowa, pomimo iż nie zaprezentowała wszystkich swoich możliwości, pokonała parę estońską Siergejewa/Glebow, która dotąd była klasyfikowana wyżej. Nota bene owa estońska para – podobnie jak duet brytyjski – również jest trenowana w Toruniu, przez Mariusza i Dorotę Siudków. Ale o pokonaniu jej przez naszą parę Radosław Leniarski już nie wspomina. Może nie pasuje to do założonej tezy. Mam zresztą wrażenie, że akapit dotyczący Mariusza Siudka także napisany jest pod założoną tezę. Po pierwsze – praca w Toruniu nie wygląda jak walka o przetrwanie, gdyż są tam (w jednym kompleksie) dwa kryte, pełnowymiarowe lodowiska, a dodatkowo, niedaleko, jeszcze jedno dobrej jakości mniejsze lodowisko prywatne, powiązane z klubem, w którym Mariusz Siudek pracuje. Takiego komfortu nie ma żaden inny ośrodek łyżwiarski w kraju. A że walczy na własny rachunek – i klubu, w którym pracuje – to chyba oczywiste. Każdy z nas walczy na własny rachunek, nie na cudzy. Scharakteryzowanie ostatnich wyborów do zarządu PZŁF, w których Mariusz Siudek ponoć „przepadł w walce z gwardią, która konserwuje stary układ” jest – powiem delikatnie – specyficznym pójściem na łatwiznę. Rozumiem, że ja także zaliczam się do tej „gwardii”. I to mnie także dotyczy zarzut, że "konserwuję". A to już mnie obraża. Bowiem niczego takiego nie robię i nie robiłem. Nietrudno to zresztą sprawdzić. Jeśli ktoś w wyborach zdobywa więcej głosów delegatów, to oczywiste jest, że wygrywa i wchodzi do zarządu. Każdy delegat ma jeden głos, i nie zauważyłem, abym jako „gwardzista” miał jakieś bonusy. Poza tym każdy, kto wyraził zgodę na kandydowanie, może się przedstawić, przekonać delegatów do swojej kandydatury etc. Oczywiście znacznie bardziej gazetowo to zabrzmi, jeśli się takie zwycięstwo napiętnuje jako dowód na konserwowanie układu. Ale rzeczywistość aż tak prosta nie jest. Jest Mariusz Siudek natomiast członkiem rady trenerów PZŁF – co mnie cieszy, i czekam na jego ciekawe, przemyślane pomysły. Na razie niestety takowe nie są mi znane, ale mam nadzieję, że w przyszłości będzie o wiele lepiej.
Co do liczebności zarządu, to całkowicie zgodzę się z tezą, że powinien on być znacznie mniej liczebny. Usprawniłoby to już choćby podejmowanie decyzji. „Konserwowanie układu” ma natomiast – wg mnie – dwie strony. Widzi się „starą gwardię”. A co z „młodą”? W mojej opinii do łyżwiarstwa figurowego ta „młoda gwardia” nie tak znowu bardzo się garnie. Wynika to według mnie też po części z tego, że jest mało zainteresowana aktywnością na rzecz całego środowiska. Prawdopodobnie dlatego, że ta "młoda gwardia" słabo czuje, iż włączając się jedynie partykularnie w sprawy dotyczące wyłącznie swoich zawodników i wyłącznie swoich klubów, potykać się będzie o generalia dotyczące wszystkich – raz tych, raz owych, a w innym momencie „ich” osobiście… Co do osób towarzyszących ekipie w Vancouver – szkoda oczywiście, że nie było lekarza, masażysty/ fizjoterapeuty, ale wliczanie sędziów do ekipy fałszuje obraz. Oni – wg przepisów Międzynarodowej Federacji Łyżwiarskiej – są w ekipach narodowych tylko formalnie.
I jeszcze słowo na koniec. Wypowiadam się dzisiaj, ponieważ w łyżwiarstwie figurowym mam kartę zapisaną nie tylko samym mówieniem. Byłem zawodnikiem, reprezentantem Polski na ME i MŚ zarówno jako solista, jak i w parach tanecznych. W latach 1981 – 1989 pełniłem funkcję kierownika wyszkolenia PZŁF. W tym czasie rozbłysła gwiazda Grzegorza Filipowskiego, a parę innych karier miało swój dobry początek. To wszystko nie wzięło się z niczego i nieskromnie mogę powiedzieć, że mam w tym swój także mały udział. W latach 80 i 90 cieszyliśmy się nie tylko z medali Grzegorza Filipowskiego oraz Doroty i Mariusza Siudków, ale również z bardzo dobrych występów na arenie międzynarodowej Zuzanny Szwed i Anny Rechnio, paru par tanecznych i sportowych. Mieliśmy również medale w na MŚ Juniorów – ze złotym Sylwii Nowak i Sebastiana Kolasińskiego na czele. W ciągu tych wielu lat zasiadania w zarządzie PZŁF odnotowałem niemało sytuacji, kiedy wyrażałem z przekonaniem odrębne zdanie, mimo że sytuowało mnie to w absolutnej mniejszości. Przed ME 2007 w Warszawie mieliśmy różne opinie w kwestii podstawowych tematów, co doprowadziło do mojej rezygnacji z funkcji wiceprezesa ds. sportowych. Dlatego też dotyka mnie, gdy formułuje się niesprawdzone sądy. 20 już lat – na swój koszt i ryzyko – promuję łyżwiarstwo figurowe, m.in. utrzymując stronę www.walley.pl i forum łyżwiarskie oraz prowadząc zajęcia i obozy dla amatorów łyżwiarstwa figurowego. Wychodząc z założenia, że im więcej fanów, którzy sami jeżdżą na łyżwach, tym lepiej dla mojej dyscypliny.